„Oj, taki sobie paskudny kraj wybrałaś, dziecko, na emigrację!”.
Po tylu latach do tej pory pamiętam te słowa mojej nieżyjącej już Babci.
„Bo oni tam te byki tak męczą, sukinsyny!”
Całkowicie z Babcią się zgadzałam w tym temacie, co więcej, z perspektywy czasu i po 18 latach mojej emigracji w Hiszpanii, ani razu nie byłam na corridzie i nie zamierzam nigdy się wybrać na to okrutne widowisko. Babcia ciągnęła dalej:
„Tak daleko jedziesz, a nie mogłabyś wyjechać bliżej, do takiej Szwecji na przykład”.
Mój Boże! Moja Babcia całkowicie ignorowała moje preferencje: ja chciałam na POŁUDNIE! Do tej pory mówię, że mój ulubiony kierunek to południe, ale bez przesady, bo do takiej Patagonii nie ciągnie mnie ani trochę.
Ja, której idealna temperatura do spania to 26 stopni w sypialni (ani zimno, ani ciepło). Ja, która jako jedyna zakładam polar na Karaibach, ja, która nie ważne o jakiej porze roku, zawsze ma lodowate ręce, na które mąż mówi „odrzucone przeszczepy”. Nie, zdecydowanie nie wyobrażałam sobie życia na północ od Polski.
Od tego momentu minęło już prawie 19 lat. Rozpoczęłam moje życie na emigracji oficialnie dnia 11 grudnia 2000 roku, jeszcze w XX wieku. Los rzucił mnie do pięknie położonego i niezbyt znanego Vigo, zlokalizowanego na 7 wzgórzach, nad samym brzegiem Oceanu Atlantyckiego, 30 km od granicy z Portugalią. Miasta w zatoce, której ujścia strzegą niezwykłe wyspy, Islas Cíes, będące główną atrakcją okolicy i zarazem rezerwatem przyrody.
Miasta, które jest moim miastem, bo nigdzie tyle nie mieszkałam w całym moim życiu co tutaj.
Miasta, które 16 września 2019 opuszczam, żeby rzucić się w wir nowej przygody.

