Godzinę temu było 37,9, a teraz już 38,5…. No, chyba mamy zapowiedziany przez lekarza efekt uboczny szczepionki. Ręka na pulsie przez całą noc, a w razie pogorszenia karetka i na ostry dyżur. Ale po kolei.
3 tygodnie temu wzięliśmy się za temat szczepień. Co prawda nie ma żadnych obowiązkowych szczepień dla podróżująych w region Riviera Maya. Jednak zaleca się dobrowolne poddanie się szczepieniu na WZW typu A oraz odnowienie szczepienia na tężec.
Po konsultacji w specjalnej przychodni dla podróżujących zostaliśmy skierowani do szpitala dla zaoszczędzenia czasu: każde za nas ma innego lekarza w innej przychodni, tak się dziwnie złożyło, więc zamiast chodzić każde z nas z osobna dostaliśmy opcję szczepienia w jednym czasie i miejscu.
Pani wyznaczająca nam wizytę w szpitalu potraktowała nas początkowo jak turystów, którzy wybierają się na typowy letni wypad na Karaiby. Gdy jej powiedzieliśmy, że to nie turystyczny wypad tylko przeprowadzka rozmarzyła się i zadeklarowała, że z chęcią rzuciłabym wszystko i zrobiłaby to samo. Przy pożegnaniu obiecała, że zapamięta nasze twarze i ma nadziej nas zobaczyć w którymś z licznych reportaży telewizji hiszpańskiej przedstawiających Hiszpanów mieszkających w różnych częściach świata. Szczepienia wyznaczono nam na 9 lipca.
Stawiliśmy się umówionego dnia i też trafiliśmy na super lekarza, który też gorąco nam życzył szczęścia. Przy czym okazało się, że tężca nie trzeba powtarzać, że zaleca tylko WZW A.
Wspomnieliśmy o naszych zamiarach zwiedzenia Ameryki Południowej i Centralnej przy okazji zmiany kontynentu i Pan zaproponował dodatkowe szczepienie przeciwko żółtej febrze. No bo jeśli mamy zamiar jechać do Peru, a zamiar taki jest i to mocno zakotwiczony w mojej głowie, i jeśli mamy zamiar zwiedzić nie tylko mityczne Machu Picchu, ale i skorzystać z okazji odwiedzenia pobliskiego rejonu peruwiańskiej Amazonii (moje marzenie), to taka szczepionka jest wymagana. Robi się ją raz w życiu i nie trzeba ponownie się szczepić.
Ale jest i druga strona medalu: bardzo duży odsetek, bo aż 25% zaszczepionych, zauważa u siebie skutki uboczne takie jak ból głowy, zmęczenie, objawy jak przy grypie a nawet wysoką gorączkę, która może dochodzić nawet do 40 stopni. Z tych 25% bardzo niewielki odsetek (1 na 5 mln w przypadku dzieci, 1 na 500.000 w przypadku dorosłych) może rozwinąć pełną postać żółtej febry i ….. nawet stracić życie.
Mój optymistycznie nastawiony mąż nawet nie mrugnął okiem i zadecydował, że szczepimy się wszyscy, ja natomiast zaczęłam gorączkowo szukać więcej informacji w internecie. Niewydolność wielonarządowa, krwawe wymioty, obumarcie wątroby….. Oj jak ja się biłam z myślami! Zapytałam lekarza ilu mu do tej pory zmarło zaszczepionych i zaśmiał się, bo do tej pory nie miał takiego przypadku.
Koniec końców zaszczepiliśmy się i od 5 dni dmucham i chucham na całą naszą trójkę, ale dzisiaj po obiedzie mąż się kiepsko poczuł i niestety, temperatura idzie w górę….
……………………………………………………………………….
AKTUALIZACJA: temperatura spadła ok. 23.00h i wszystko wróciło do normy. Oddycham z ulgą, bo efekty uboczne miały się pojawić w ciągu 10 dni od szczepienia, a 10 dni mija jutro. Amazonio, szykuj się na nas!