O Andre opowiadałam kilkunastu osobom i za każdym razem jego przykład inspirował wszystkich mających dosyć współczesnego niewolnictwa korporacyjnego, stresu i wyścigu szczurów.
Poznałam go w marcu tego roku będąc w Playa del Carmen w celu załatwienia kilku urzędowych spraw związanych z naszą przeprowadzką. Chciałam wynająć coś na osiedlu, gdzie zamierzamy mieszkać i gdzie mamy zaufanych ludzi. Wszystko było zarezerwowane oprócz pokojów gościnnych w domu Andre. Moi przyjaciele z osiedla, portugalska para, którą poznaliśmy w ubiegłym roku (i przyszli sąsiedzi, bo będziemy mieszkać na tej samej ulicy) uprzedzili mnie, że to dom pełen psów, a sam Andre podpada raczej pod definicję wyluzowanego hipisa niż odpowiedzialnego najemcy. Nie miałam innej opcji wynajmu więc pomyślałam, że jakoś to będzie.
Pożałowałam mojej decyzji już w momencie przekroczenia progu jego domu, gdy zostałam otoczona gromadą 6 psów różnych ras, a moja walizka (na szczęście owinięta folią bezpieczeństwa) została momentalnie przez nie obsikana z wszystkich stron. Myślałam, że właściciel krzyknie na psy i zamknie je w innym pomieszczeniu, ale gdzie tam! On z uśmiechem mi tłumaczył, że to normalne zachowanie u psów i że nic się nie stało i dopiero na moje stanowcze słowa „Czy możesz mi zetrzeć siki z walizki” ruszły mi na pomoc. Poszłam spać zdegustowana tym wszystkim i z postanowieniem poszukanie innego lokum.
Na drugi dzień z samego rana otrzymałam bardzo pozytywne informacje odnośnie moich urzędowych spraw i moja europejska sztywność wyparowała, a na jej miejsce zagościł karaibski luzik. Nic mi już nie przeszkadzało, wszystko mi się podobało, i przysięgam, nie była to zasługa żadnych substancji chemicznych czy ziołolecznictwa. Zaczęłam rozmowę z Andre i wtedy mi opowiedział o sobie.
W 2011 wyjechał z rodzinnej Portugalii z powodu kryzysu i braku perspektyw zawodowych. Trafił na Riwierę gdzie od lat zajmuje się opieką nad domami głównie Amerykanów a także …. wyprowadzaniem i przechowalnią psów.Okazało się, że dom, w którym wynajęłam pokój ma mini hotel dla psów na tylnym patio, a na górze pokoje dla turystów. Oprócz tego ma dostawczego Renault, do którego 2 razy dziennie zbiera psy z różnych dzielnic Playa. Rano spaceruje z nimi 2-3 godziny po dżungli, wieczorem po plaży. Ma stałą grupę ok. 10 psów, za które codziennie dostaje 10 euro od psa. 100 euro na dzień, 3000 euro na miesiąc tylko za spacery z psami 2 razy dziennie.
Przykład Andre niejednego może zdemoralizować, bo jakby nie patrzeć zarabia bardzo przyzwoicie, codziennie spędza mnóstwo czasu na wolnym powietrzu, mieszka w rajskim miejscu. Nie musi pisać raportów, ani ślęczyć po godzinach nad papierami. Nikt od niego nie wymaga coraz lepszych rezultatów i bicia rekordów produktywności. Co z tego, że mamy wysokie stanowiska czy urzędową posadę, gdy żyjemy życiem, którego nie mieliśmy w planach, a nasze zawodowe wybory mają na celu satysfakcję innych? Andre w Portugalii był bezrobotnym architektem przymierającym głodem, w Meksyku jest bardzo cenionym opiekunem psów i kocha to co robi. Być może jego rodzice wstydzą się przyznać do tego co robi ich syn, tego nie wiem, być może planowali dla niego inną przyszłość i czują, że marnuje swój potencjał. Ja widzę, że osiągnął wolność i poziom beztroskiego szczęścia, o którym wiele osób może tylko pomarzyć.
